DZIŚ

dodaj wiadomość | newsletter | kontakt

Irena Karpowicz. Bycie babcią to niełatwe zadanie

Zawsze uważałam, że najważniejsi w życiu są ludzie. Nie pieniądze, nie majątek. Najistotniejsze to mieć wokół siebie życzliwych, przyjaznych ludzi, i ja takich właśnie mam – mówi Irena Karpowicz, współzałożycielka Kluboteki Dojrzałego Człowieka.

Irena Karpowicz na paradzie z okazji 40-lecia Ursynowa

Na motolotni i w Klubotece

Najtrafniej charakteryzują ją prezenty, jakie dostała na sześćdziesiąte urodziny: lot w tunelu aerodynamicznym, lot motolotnią, huśtawka między wieżami. Im bardziej coś szalonego, tym jest dla niej ciekawsze. – Myślałam też o skoku ze spadochronem, ale mąż powiedział, że dostanę dopiero na osiemdziesiąte urodziny, bo chciałby, żebym jeszcze trochę pożyła – śmieje się pani Irena.

Irena Karpowicz na motolotni

Lot motolotnią, prezent na sześćdziesiąte urodziny

Swoją niespożytą energię od pięciu lat poświęca na działalność w Klubotece Dojrzałego Człowieka, którą na warszawskim Ursynowie założyła wspólnie z Magdą Dąbrowską. To miejsce dedykowane seniorom, które zostało nagrodzone Warszawską Nagrodą Edukacji Kulturalnej oraz w konkursie S3KTOR.

Tu seniorzy odkrywają i rozwijają swoje pasje na licznych warsztatach: rękodzieła, decoupage’u, malarstwa, na zajęciach ze śmiechoterapii, warsztatach dramy, mogą też brać udział w różnorakich otwartych spotkaniach – z piosenką, poezją, z ciekawymi ludźmi czy dotyczących zdrowia. Pomysł stworzenia takiego miejsca narodził się między innymi z tego, że obie założycielki pochodzą z wielopokoleniowych rodzin.

– Kiedy zaczęło nam brakować tłumu wokół nas, stwierdziłyśmy, że potrzebne jest dla seniorów takie miejsce pełne ludzi, ciepłe, przytulne, taka namiastka domu – mówi pani Irena.

Sama wychowała się w Ciechanowie, w wielopokoleniowej rodzinie, gdzie był duży dom z ogrodem, pełen ludzi. Jej rodzice mieli zawsze dużo przyjaciół, wyrosła wśród babć, ciotek, bliższych i dalszych kuzynów, znajomych i przyjaciół rodziny. A kiedy ta rodzina rozpierzchła się po świecie, zaczęło jej brakować tłumu wokół.

– Zaczęłam tworzyć nowe miejsca, realizując kolejne pomysły, żeby taką gromadę ludzi mieć wokół siebie – tłumaczy pani Irena.

Odkąd pamięta, ciągle coś organizowała, nawet jeszcze pracując w szkole – pani Irena jest emerytowaną nauczycielką nauczania początkowego. Dla swoich uczniów, którzy nie wyjeżdżali nigdzie na ferie, organizowała wyjazdy do swojego domu rodzinnego w Ciechanowie, gdzie nieodpłatnie mogli spędzić wolny czas.

– Jeden pokój zaaranżowaliśmy na stołówkę i świetlicę, inne pokoje przeznaczone były dla dzieciaków, dla których organizowaliśmy ogniska czy wycieczki do okolicznych miejscowości, m.in. do Opinogóry – opowiada pani Irena.

„Po pierwsze Rodzina”, harcerstwo, teatry lalkowe

Niebagatelne znaczenie w jej życiu odegrało harcerstwo. Od dziecka była i jest nadal harcerką. – Lato bez obozu harcerskiego to lato stracone – mówi pani Irena.

Cała jej rodzina – ciotki, wujkowie, szwagier, kuzyni bliżsi i dalsi – wszyscy są harcerzami. – Moja córka poznała swojego męża na obozie harcerskim – mówi pani Irena. – Moja wnuczka była na pierwszym obozie pod namiotem, mając sześć miesięcy. Ma 5 lat i już nie wyobraża sobie wakacji bez obozu. Dla całej naszej rodziny harcerstwo jest czymś naturalnym – dodaje.

Jak podkreśla, to harcerstwo ją uformowało. – Kiedyś warunki życia na obozie były zupełnie inne niż dziś, nie było toi-toi, trzeba było wykopać sobie latrynę, kąpiele odbywały się w jeziorze, nawet wodę do gotowania braliśmy z jeziora – opowiada pani Irena. – Uczyliśmy się nawzajem od siebie, młodsi od starszych, i z każdym rokiem człowiek stawał się mądrzejszy, a swoją wiedzę przekazywał dalej młodszym – tłumaczy. Dla niej harcerstwo to była nauka życia i samodyscypliny.

Poza zaangażowaniem w harcerstwo pani Irena przez wiele lat prowadziła w szkołach teatry lalkowe. – Wciągnęłam w to całą rodzinę, bo trzeba było tworzyć wielkie kostiumy, dekoracje, mąż pomagał je montować, a ja sama szyłam stroje, od pacynek po kukiełki – opowiada pani Irena. – Do dziś mam wiele strojów, których szkoda mi wyrzucić, przydają się na różne okazje w Klubotece – mówi.

Od wielu lat pani Irena działa także w stowarzyszeniu „Po pierwsze Rodzina” dla dzieci z porażeniem mózgowym. Właśnie poprzez to stowarzyszenie poznała Magdę Dąbrowską, która stała się jej bratnią duszą i towarzyszką w pomaganiu innym, i z którą wspólnie założyły Klubotekę.

– Całe życie byłam wśród osób starszych, babć i dziadków, moich rodziców, mama długie lata chorowała na Alzheimera, więc problemy osób starszych były i są mi bliskie – opowiada pani Irena.

Jak mówi, tak naprawdę istnieje niewielka różnica między dziećmi, z którymi pracowała jako nauczycielka, a seniorami. I jedni, i drudzy potrzebują tego samego – ciepła, empatii, wsparcia, pochwalenia, przytulenia, potrzymania za rękę, wysłuchania, poświęcenia czasu.

Jednak założenie fundacji to wielkie wyzwanie i czas. – Potrzebna była akceptacja i wsparcie naszych rodzin, które otrzymałyśmy i otrzymujemy do dzisiaj – podkreśla pani Irena.

– Zawsze uważałam, że najważniejsi w życiu są ludzie. Nie pieniądze, nie majątek. Najważniejsze to mieć wokół siebie życzliwych, przyjaznych ludzi, i takich właśnie mam – podsumowuje pani Irena.

Powrót do korzeni

Jak sama mówi, w pewnym momencie zorientowała się, że angażując się w sprawy innych ludzi, za mało czasu poświęca własnej rodzinie. – Kiedyś przyszła do mnie moja córka, która była dobra uczennicą , i powiedziała, że dostała dwójkę z fizyki. A ja na to, że to przecież żaden problem – opowiada pani Irena. – I ona zrozpaczona stwierdziła, że jej kłopoty nie są dla mnie ważne. Wszystkimi się przejmuję, a jej problemami nie. Wtedy rzeczywiście wydawało mi się, że dwójka w szkole w porównaniu z poważnymi problemami innych to nie jest żadna tragedia, ale też dało mi dużo do myślenia – mówi pani Irena.

Dlatego postanowiła więcej uwagi poświęcić własnej rodzinie. – Przez długie lata wspólnie z rodzeństwem opiekowaliśmy się chorymi rodzicami. To był bardzo trudny i ciężki okres, a po ich odejściu powstała pustka, nadmiar wolnego czasu – opowiada pani Irena. Wtedy pani Irena wpadła na pomysł, by spisać dzieje swojej rodziny ze strony mamy.

– Jak zostawiam jedno, to zaraz wpadam w drugie – śmieje się pani Irena. – Cały czas muszę działać, muszę być wśród ludzi – dodaje.

Zaczęła szukać rodzinnych korzeni i w tych poszukiwaniach dotarła do 1812 roku. Przez półtora roku odwiedzała krewnych, przeszukiwała archiwa, zbierając materiały. Na ich podstawie napisała i samodzielnie wydała książkę ,, Dzieje Rodziny Wasilewskich”. Zorganizowała też zjazd rodzinny na 120 osób, wystawę zdjęć i pamiątek, koncert i ognisko. – I tak zamknęłam rozdział rodzinnego domu – podsumowuje pani Irena.

Odrobina szaleństwa

Od wielu lat Irena Karpowicz działa na rzecz seniorów, ale sama też jest babcią. A w dzisiejszych czasach to niełatwe zadanie. Choćby z powodu tego, że, jak mówi pani Irena, nie zdarzają się już wielopokoleniowe rodziny, które mieszkają w jednym domu, w jakim ona dorastała.

Babcia sadzała mnie na garnku, żeby mi było ciepło, zaprzęgała naszego psa do moich sanek

– Ja mieszkam w Warszawie, a moja wnuczka w Gdańsku i takich rodzin jest w dzisiejszych czasach bardzo dużo – zauważa pani Irena. Ale, jak dodaje, jeśli człowiek chce, to może wszystko.– Z moją wnuczką Julką potrafię bawić się w chowanego nawet przez telefon – opowiada. – Chcę pokazać, że jestem dumna z wnuczki, więc jadę na koncert, kiedy Jula gra na skrzypcach. Wstaję o 6 rano, żeby na 10 być w Gdańsku – dodaje.

Pani Irena z wnuczką

Pani Irena z wnuczką

Sama ma wspaniałe wspomnienia z czasów, kiedy opiekowała się nią babcia. – Sadzała mnie na garnku, żeby mi było ciepło, zaprzęgała naszego psa do moich sanek – opowiada pani Irena. – I ja, i pies byliśmy szczęśliwi. Z moją wnuczką bawię się podobnie – dodaje. – Moja córka mówi, zostawiając nas razem, że nie wie, która którą ma pilnować – śmieje się pani Irena.

Jak podkreśla, bycie babcią to nie tylko nakazy, zakazy, ale pokazanie, że w życiu potrzebna jest też odrobina szaleństwa.

Ja tylko łączę ludzi

Pani Irenie łatwiej mówić o swoich wadach niż zaletach. Wadą według niej jest to, że nie pozwala sobie pomagać, wszystko chce robić sama. – Często ludzie chcą mi pomóc, a ja uważam, że sama to zrobię najlepiej – mówi pani Irena. – To wynika z tego, że nie chcę nikogo obciążać realizacją moich zwariowanych pomysłów, bo skoro coś wymyśliłam, więc najlepiej, jak zrobię to sama – dodaje.

Za inną swoją wadę uważa zbytnie umiłowanie porządku. – Muszę mieć wszystko poukładane – mówi pani Irena. – W domu doprowadza to do śmiesznych sytuacji, kiedy mąż np. chce poczytać gazetę, wychodzi na chwilę po herbatę, a jak wraca, to już gazety nie ma, bo ja ją sprzątnęłam – śmieje się pani Irena. – Często udaje mi się coś tak dobrze schować, że sama nie mogę tego znaleźć.

Jeżeli ludzie widzą, że dawanie ma sens, to bardzo chętnie się dzielą

Elżbieta Panas z Kluboteki Dojrzałego Człowieka tak o niej mówi: Miła, cierpliwa, życzliwa, kontaktowa, otwarta, świetna organizacyjnie, idealnie nadaje się do pracy z ludźmi. Unika konfliktów, potrafi dogadać się z bardzo różnymi ludźmi. Umie komuś zwrócić uwagę, ale tak, żeby tej osoby nie urazić.

– Czasem trzeba kogoś skrytykować, sprowadzić do parteru, ale ona robi to tak umiejętnie, że ta osoba następnego dnia jeszcze jej za to podziękuje – dodaje pani Elżbieta. Jak podkreśla, dla pani Ireny nie ma rzeczy niemożliwych.

– Myślę, że moją zaletą jest to, że jak coś sobie postanawiam, to muszę doprowadzić to do końca – zgadza się pani Irena. – I muszę to zrobić na sto, albo sto dwadzieścia procent – dodaje. – Jeśli wiem, że nie dam rady czegoś zrobić, to się tego nie podejmuję, bo nie umiem robić czegoś po łebkach, to nie jest w moim stylu.

Naszym największym skarbem jest to, co mamy w sobie, w sercu, ile potrafimy dać z siebie innym

Irena Karpowicz mówi o sobie – ja tylko łączę ludzi: tych, którzy potrzebują, z tymi, którzy mają. Swoją działalność traktuje jako most między ludźmi. – Jest bardzo dużo osób, które chcą dawać – mówi pani Irena. – Nie tylko rzeczy materialne, bo nie każdy je ma, ale swój czas, swoją uwagę. Jeżeli ludzie widzą, że dawanie ma sens, to bardzo chętnie się dzielą – dodaje. Wie, że w Klubotece nie zrobiłaby niczego sama. Ogromna liczba ludzi daje tutaj sobie innym.

Jej autorytety to mama i babcia. – I jedna, i druga uważały, że są niezastąpione. Mam to po nich – mówi pani Irena. – Ale obie też angażowały się maksymalnie w to, co robiły. Czasami nawet wbrew sobie zachowuję się tak jak one. To od nich nauczyłam się, że pieniądze nie są ważne. Naszym największym skarbem jest to, co mamy w sobie, w sercu, ile potrafimy dać z siebie innym – podsumowuje pani Irena.


Poznaj ludzi sektora pozarządowego, dowiedz się, kto jest kim w NGO. Odwiedź serwis ludziesektora.ngo.pl.

Informacja własna portalu ngo.pl

organizator: Fundacja "Kluboteka Dojrzałego Człowieka"
adres: Lanciego 13 lok. użytk. 9, 02-792 Warszawa-Ursynów, woj. mazowieckie
tel.: 887 131 212, e-mail: kontakt@kluboteka.info
www: http://www.kluboteka.info 
źródło: inf. własna ngo.pl
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!

SKOMENTUJ

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora.


KOMENTARZE

Nie ma żadnych komentarzy
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.